Zasilacz jest jedynym elementem komputera, którego awaria potrafi pociągnąć za sobą inne podzespoły. Dlatego przy jego wymianie nie kierujemy się wyłącznie mocą podaną na naklejce — liczy się to, ile ten zasilacz naprawdę potrafi oddać, na których liniach i z jaką stabilnością.
Na obudowie zasilacza widnieje liczba watów, ale sama w sobie mówi niewiele. Znaczenie ma rozkład tej mocy na poszczególne linie napięć oraz to, czy podana wartość jest mocą ciągłą, czy chwilową. Tanie konstrukcje potrafią deklarować wartość, której nie utrzymają dłużej niż kilka sekund — a komputer pod obciążeniem pracuje godzinami.
Dzisiejsze podzespoły pobierają lwią część mocy z linii dwunastowoltowej. Zasilacz, który ma imponującą sumę watów, ale słabą wydajność na tej linii, będzie sprawiał problemy przy mocniejszej karcie graficznej — komputer zacznie się resetować pod obciążeniem, choć „mocy w papierach” jest dość.
Zapotrzebowanie liczymy od podzespołów, a nie od życzeń. Największy udział mają karta graficzna i procesor; dyski, wentylatory i pamięć to margines. Do tego doliczamy zapas, który ma dwa cele: pozwala zasilaczowi pracować w zakresie największej sprawności i zostawia miejsce na przyszłą rozbudowę.
Zapas nie powinien być przesadny. Zasilacz dobrany z wielokrotnym nadmiarem pracuje przy niewielkim obciążeniu, gdzie sprawność jest niższa, a wentylator i tak się kręci. Rozsądny margines to taki, przy którym typowe obciążenie mieści się mniej więcej w połowie możliwości.
Podstawowe złącze płyty głównej ma dziś dwadzieścia cztery styki, ale w starszych komputerach spotykamy jeszcze dwadzieścia. Procesor zasilany jest osobnym złączem — cztero- lub ośmiostykowym, a w mocniejszych płytach dwoma ośmiostykowymi. Karta graficzna wymaga własnych wtyków, w liczbie i kształcie zależnym od modelu; w nowszych konstrukcjach spotyka się złącze zbiorcze o innym standardzie.
Do tego dochodzą wtyki dla dysków i napędów. Zasilacz, który ma odpowiednią moc, ale za mało wtyków właściwego typu, nie nadaje się bez przejściówek — a przejściówki przy dużych prądach są dokładnie tym miejscem, w którym najczęściej dochodzi do przegrzania.
W komputerach biurowych o małej obudowie stosuje się zasilacze o niestandardowych wymiarach i niestandardowym rozmieszczeniu otworów montażowych. Podzespół z typowej wieży po prostu tam nie wejdzie. Zdarza się też, że producent komputera markowego zastosował własne złącze płyty głównej — wtedy zwykły zasilacz jest nie do użycia i mówimy o tym, zanim klient kupi coś na własną rękę.
Osobno patrzymy na okablowanie. Zasilacze modularne, w których podpina się tylko potrzebne przewody, wyraźnie poprawiają przepływ powietrza w ciasnej obudowie. To nie jest kaprys — w komputerze zapchanym niepotrzebnymi kablami temperatury bywają wyższe o kilka stopni.
Komputer wyłącza się nagle pod obciążeniem, a przy pracy biurowej działa poprawnie. Uruchamia się dopiero za drugim albo trzecim razem. Restartuje się bez niebieskiego ekranu i bez śladu w dziennikach systemu. Z obudowy dobiega cichy pisk zmieniający ton wraz z obciążeniem. Wszystkie te objawy każą sprawdzić zasilanie w pierwszej kolejności.
Bywa też odwrotnie: klient jest przekonany, że winny jest zasilacz, a przyczyną okazuje się przegrzewający się procesor albo padająca pamięć. Dlatego zaczynamy od pomiaru i obserwacji pod obciążeniem, a nie od wymiany części.
Zasilacz niskiej jakości, gdy odchodzi, potrafi wypuścić na linie napięcie wyższe niż powinien. Konsekwencją bywa uszkodzenie płyty głównej, dysków albo karty graficznej. To rzadkie, ale gdy się zdarzy, koszt jest nieporównywalny z oszczędnością na podzespole. Z tego samego powodu w komputerach, które pracują długo i nieprzerwanie, zwracamy uwagę na jakość, a nie tylko na liczbę watów.
Wymiana zasilacza to praca, którą w większości przypadków da się zrobić u klienta — obudowa stoi pod biurkiem, dostęp jest wygodny, a całość zamyka się w kilkudziesięciu minutach razem z uporządkowaniem okablowania. Przy komputerach o nietypowej obudowie albo gdy trzeba dobrać podzespół po pomiarach, zabieramy sprzęt do warsztatu.
Po wymianie sprawdzamy komputer pod obciążeniem, a nie tylko na pulpicie. Uruchomienie systemu niczego nie dowodzi — objawy związane z zasilaniem ujawniają się dopiero wtedy, gdy podzespoły faktycznie zaczną pobierać prąd.
Oznaczenia sprawności mówią, jaka część pobranej energii trafia do podzespołów, a jaka zamienia się w ciepło. Zasilacz o wyższej sprawności mniej grzeje, więc jego wentylator kręci się wolniej i ciszej, a przy pracy przez wiele godzin dziennie różnica widoczna jest także na rachunku.
Ważniejsze od samego oznaczenia jest jednak to, w jakim zakresie obciążenia sprawność jest najwyższa — zwykle w okolicach połowy możliwości. To dodatkowy argument, żeby nie dobierać zasilacza z wielokrotnym nadmiarem: komputer pracujący na dziesięciu procentach możliwości zasilacza nie korzysta z jego zalet.
W konstrukcjach modularnych podpina się tylko te przewody, które są potrzebne. W ciasnej obudowie robi to realną różnicę: mniej kabli oznacza swobodniejszy przepływ powietrza i niższe temperatury wszystkich podzespołów. Przy komputerach o małej objętości traktujemy to jako zaletę praktyczną, nie estetyczną.
Przy okazji wymiany zawsze porządkujemy okablowanie: prowadzimy przewody za tacką płyty głównej, spinamy je i odsuwamy od wentylatorów. To praca kilkunastu minut, która obniża temperatury i ułatwia każdą kolejną naprawę.
Zasilacz rzadko odchodzi bez uprzedzenia. Wcześniej pojawiają się sygnały: komputer uruchamia się dopiero za drugim razem, po dłuższym postoju potrzebuje kilku prób, przy większym obciążeniu słychać cichy pisk, a przy wyłączaniu z obudowy dobiega stuknięcie. Kondensatory wewnątrz tracą pojemność z wiekiem i to właśnie one odpowiadają za te objawy.
Przy komputerach pracujących po kilka lat bez przerwy warto potraktować zasilacz jako element zużywalny. Jego wymiana przed awarią jest tania; wymiana po awarii bywa połączona z naprawą tego, co przy okazji uszkodził.
Zasilacz komputerowy chroni podzespoły przed drobnymi wahaniami, ale nie przed zanikiem prądu ani przed przepięciem z sieci. Przy komputerach, na których stoi baza programu handlowego albo praca, której nie da się powtórzyć, sensowne jest urządzenie podtrzymujące zasilanie na kilkanaście minut.
Dobieramy je do rzeczywistego poboru komputera i do tego, ile czasu potrzeba na poprawne zamknięcie programów. Nie chodzi o pracę przez godzinę bez prądu, tylko o spokojne wyłączenie bez uszkodzenia danych.
Sprawdzamy pobór podzespołów, dobieramy zasilacz o właściwej wydajności i z odpowiednimi wtykami, montujemy, porządkujemy okablowanie i obciążamy komputer, obserwując stabilność napięć i zachowanie pod pełnym obciążeniem. Uruchomienie systemu nie jest dowodem, że wszystko gra — objawy związane z zasilaniem ujawniają się dopiero przy realnym poborze.
Stary zasilacz zabieramy do utylizacji albo zostawiamy klientowi, zależnie od jego decyzji. Elektroniki nie wyrzucamy do zwykłego kosza i przy okazji tłumaczymy, dlaczego.
Nie wiesz, od czego zacząć? Zadzwoń.
Porada telefoniczna nic nie kosztuje, a część usterek udaje się rozwiązać bez dojazdu — zwłaszcza tych, w których winne są ustawienia albo zasilanie. Jeżeli trzeba przyjechać, dojazd, odbiór i zwrot sprzętu są bezpłatne, a diagnoza laptopa przy odbiorze — również. Wizyta serwisanta u klienta jest płatna; sam dojazd i tak nic nie kosztuje.
Telefon odbieramy całą dobę, siedem dni w tygodniu — także w weekendy i święta. Dojeżdżamy na terenie Warszawy i siedmiu przyległych powiatów.
Serwis laptopów i komputerów na warszawskim Bemowie. Przyjeżdżamy pod wskazany adres — do domu i do firmy. Dojazd, odbiór i zwrot nic nie kosztują, a diagnoza laptopa przy odbiorze sprzętu jest bezpłatna.
ul. Lazurowa 14b
01-474 Warszawa — Bemowo
Biuro bez obsługi klientów. Sprzętu nie trzeba nigdzie przywozić.
Odbieramy także w weekendy i święta. Przy pilnych zgłoszeniach umawiamy się na ten sam dzień.
Dojazd: Warszawa i siedem przyległych powiatów, w promieniu 40 km. Na miejscu jesteśmy z reguły w ciągu godziny.
Na wykonane naprawy dajemy gwarancję do 12 miesięcy.